Menu

  • Facebook Slowly Veggie Polska
  • Instagram Slowly Veggie Polska
  • Kanał YouTube Slowly Veggie Polska

Start / Inspiracje / 9 najśmieszniejszych kulinarnych wpadek

kulinarne wpadki

9 najśmieszniejszych kulinarnych wpadek

W jednym z konkursów na naszym profilu na FB poprosiliśmy, abyście opisali swoje kulinarne wpadki. Odpowiedzi rozbawiły redakcję do łez! Dziękujemy za wszystkie przesłane opowieści. Przedstawiamy 9 najśmieszniejszych kulinarnych wpadek naszych czytelników!

 

Karolina Borkowska 

"Ogórki małosolne. Wszystko poszłoby dobrze gdyby nie fakt, że zamarzyły mi się w marcu. Już wcześniej z powodu braku elementarnej wiedzy o sezonowości warzyw i owoców zdarzało mi się kupić 3 pomidory za 15zł, ale te ogóry to był szczyt moich "smaczków nie wczas". Oczywiście znalezienie ich było niemalże niemożliwe, w każdym kolejnym warzywniaku i markecie moja frustracja rosła, no jakie oni mają mają zaopatrzenie żeby nie mieć takiego banału jak ogórek! W końcu znalazłam te felerne ogórki, nie zdziwiło mnie ani ich tropikalne pochodzenie, ani nienaturalny kolor, ani nieadekwatna cena- widocznie jak dobre to swoje kosztują. Ogórki były co najmniej radioaktywne. Już następnego dnia śmierdziały jak płyn do mycia podłóg, w konsystencji były paskudnie obślizgłe, a tego ohydnego smaku nie zapomnę już nigdy. Dziś zastanawiam się czy nie były zrobione z plastiku, bo tak chemicznej rzeczy nie zdarzyło mi się ugryźć w całym moim życiu. O wpadce wiedział do dziś tylko mój luby, który widział moją dumę kiedy zamykałam słoik z "najlepszymi małosolnymi w mieście" i minę kiedy nastąpiło uroczyste otwarcie a po mieszkaniu roznosiła się woń jak z fabryki plastiku."

Magda Jotesówna

"Byłam mlodo na obczyznie! Chciałam sobie ugotować dyniowy "gulasz" - tak na niego mowiłam, był to poprostu miks włoszczyzny z dynią, gotowany w sosie pomidorowym! No i i jestem w sklepie, wybieram zieleninkę, serduszko puknęło z radości, bo widzę malutkie dynie...oczywiscie jedna ląduje do koszyka. Zaplaciłam i lecę do domku gotować! W domu przygotowuję jedzonko, z dynią okropnie sie szarpię! Ma twardą skórę jak czort, ale nic, ostro obieram i kroję... gotuję gulasz, z radoscia przyprawiam, cieszę sie jak glupia i ciągle gotuję. Podałam sobie i chlopakowi na talerzach, a tu nagle nas kręca! Gulasz jest gorzki, obrzydliwy...po prostu nie da sie jeść. Głowimy się czym to mogło być spowodowane!!! Chłopak nabiera podejrzeń co do dyni. Próbujemy zorientować sie co to za typ... a ja mówię, że nie wiem co to za dynia. Było napisane "dyne okrasna"! Chlopak padł ze śmiechu, okazało się, że "dyne okrasna" w Czechach to dynia ozdobna! To bylo z 15 lat temu, człowiek nie był tak wtajemnieczony jak teraz... Obecnie już małzonek pyta sie czy napewno nie ma tam "okrasnej" dyni."

Anna Linkowska

"Wegański tort kokosowy dla mojej koleżanki :) Tragedia w trzech aktach!
Nie jestem wybitnym kucharzem, na wypiekach nie znam się prawie wcale a na wegańskich to już w ogóle... Mam koleżankę wegankę, która co roku na urodziny miała cudowny tort robiony dla niej przez znajomą - cudownie uzdolnioną kulinarnie dziewczynę. Tak się akurat złożyło, że w tym konkretnym roku, nie dała rady przyjechać i oznajmiono, że niestety torta nie będzie. Postanowiłam sobie, że w takim razie zrobię niespodziankę i przygotuję jej własnego torta. Wybór padł na wegański tort ala rafaello. 
Akt 1 - biszkopt. Wegański biszkopt robiło się na bazie soku pomarańczowego. Wlałam ciasto do formy, pięknie wyrosło - pachniało obłędnie... i równie obłędnie nie chciało odejść od formy :P Podejście drugie - forma silikonowa - niestety sytuacja ta sama. Dopiero za trzecim razem udało się na papierze do pieczenia uzyskać porządny biszkopt. Tak oto z zaplanowanych trzech warstw ciasta uzyskałam aby dwa mizerne biszkopciki (bo resztę składników zmarnowałam na nieudane próby).
Akt 2 - krem kokosowy. Zgodnie z przepisem zmroziłam mleko kokosowe aby zagęścić jego konsystencję, potem przełożyłam do miksera (takiego dołączonego do blendera) i miałam ukręcić z tego, razem z innymi składnikami krem. Niestety nie spodziewałam się, że ta masa kokosowa jest aż tak twarda i wyrwało mi z ręki cały pojemnik rozbryzgując wszystko po całej kuchni. Kokosowa śmietana, wanilia, cukier - wszystko na ścianach... No i w efekcie kremu o połowę mniej...
Akt 3 - porażka ostateczna. Zamiast trzypiętrowego, eleganckiego torta na przyjęcie wyszedł płaski, rozjechany i posypany kokosem placek. Na szczęście niezły w smaku, a że na "bezrybiu i rak ryba" nie byłoby tak źle, gdyby nie fakt, że "tortowa" koleżanka jednak dojechała i zrobiła obłędnego w smaku i wyglądzie czekoladowego torta :D"

Niemięsojadka

"Właśnie przypomniałam sobie, jak moja ciotka piekła ciasto dla gości. Zawsze wychodziło jej to świetnie, no ale tego dnia po prostu cos "nie pykło" jak mawia młodzież i ciotka wyprodukowała efektowny zakalec, ale taki, że własciwie to było ciasto 90% zakalca. Trudno, całą blachę zostawiła w kuchni, żeby później cichaczem pozbyć się hańby. Goście przyszli na obiad, siedzą, gadają, pitu pitu, i nagle ciotka słyszy krzyk z kuchni: Stenia! Jaka pyszna szarlotka! Zapomniałaś pokroić! Ciotka w amoku popędziła do kuchni, a tam jeden z gości z wypiekami na twarzy zjada zakalcowe ciasto i kroi kolejne kawałki dla reszty ekipy! Konsystencja rzeczywiście była szarlotkowa...dodatek cynamonu tez zrobił swoje (ale w srodku nie bylo nawet jednego jabłka :-))) Wszystko skonczyło się tak, że zakalec został zjedzony w towarzystwie gałki lodów jako wybitna szarlotka Steni, a gardła goście przeplukali napojem z procentami i nikomu nic nie było :-) PS.nie mam pojęcia, czy ciotka kiedykolwiek uświadomiła swoich gości, co jedli. Po cichu opowiadała o tym dopiero Po kilku latach od wydarzenia :-)"

Natalia Pikutowska

"A gdy wpadka okazuje się genialnym pomysłem? Pewnego, jak wtedy myślałam, zwyczajnego dnia, robiłam klasyczny tofurnik... czort chciał, że w lodówce obok naturalnego tofu, leżało wędzone... do ciasta poszła kostka jednego i drugiego... zorientowałam się tuż po dodaniu do reszty masy, było już za późno, by zareagować. Zapach i smak na tyle mnie jednak zaintrygował, że postanowiłam dokończyć dzieła. Wyszło genialnie, czułam się niczym Aleksander Fleming odkrywający penicylinę :) Do dziś regularnie to powtarzam i polecam ciekawym nowych doznań :)"

Roksana Ziółkowska

To był początek mojej kulinarnej przygody. Przyszłam do domu po pracy i mialam w planach zrobić swoje pierwsze naleśniki, takie jak u mamy. Wypytałam koleżanki w pracy o przepis, wydawał się dość prosty. Mąka, mleko, jajka itd. W domu miałam tylko mąkę ziemniaczaną. No ale mąka to mąka, prawda? Naleśniki wyszły ladne i pulchne, więc posmarowalam je dzemem i zabralam się do degustacji. Jak możecie się domyślić na obiad zjadłam dzem, a naleśniki wylądowały w koszu. Były tak gumowe, że nie dało się ich pokroić! Od tej pory nalesniki jem zawsze i tylko u mamy... :)

Katarzyna Prusinowska

"Chrzciny mojego średniego, za zadanie zupa że świeżych borowikow. Pięknie pysznie, zupa ugotowana. Było ciepło miejsca w lodówce brak. W obawie aby zupa nie ścisła zarządziłam studzenie w wannie z zimna woda. Jakie było moje zdziwienie jak po chwili zaszlam zobaczyć jak przebiega proces chłodzenia i ujrzałem piękne borowik w kapeli wodnej. Zapomniałan zakręcić wodę garnek się wywrocil. Co było robić wybierałam co się dało dokupilam pieczarek i było, równie pysznie :-)"

Nika Redlińska

"Znajomy z Iranu zaprosił nas w Niemczech na pysznego kurczaka z ryżem. A potem zapytał czy nie ugotowalabym czegoś polskiego. Wymyslilam ruskie pierogi. Problem w tym, że nie znałam jeszcze niemieckich produktów. Kupiony twaróg miał 40 procent tłuszczu i był bardzo wodnisty. Mąkę kupiłam żytnią zamiast pszennej. Gotowałam u znajomego, więc nie można było już się wycofać. Pierogi rozplynely się w garnku. Zostały tylko brązowe ugotowane flakowate kawałki ciasta. Goście mimo moich protestów uparli się na uprzejmość, jedli te flaczki smarujac je resztkami surowego nadzienia. A znajomy, gdy go czasem spotkałam, witał mnie słowami: Monika, ty tak dobrze gotujesz ;)"

Sylwia Szewczyk

"Krótko i na temat - spaliłam ziemniaki gotując je :) było to jeszcze w czasie gdy nie garnęłam się do gotowania. Zaczytałam się w książce i nagle zauważyłam jakiś dziwny dym... Pomyślałam, że ktoś na zewnątrz coś pali. Jednak dym robił się coraz gęstszy, a spalenizną było już czuć w całym domu... I wtedy przypomniałam sobie- ZIEMNIAKI! Wpadłam do kuchni, zajrzałam do garnka... zero wody, natomiast ziemniaczki czarne niczym węgiel. Od tej pory gdy gotuję ziemniaki i zabieram się za inną czynność piszę na kartce drukowanymi literami "ZIEMNIAKI SIĘ GOTUJĄ" i stawiam tą karteczkę przed sobą :)